Z dziennika nieuczciwego antykwariusza (zebrane fragmenty)

Autor: Marat Dakunin, Gatunek: Proza, Dodano: 12 listopada 2010, 21:36:52, Tagi:  z dziennika nieuczciwego antykwariusza dziennik proza

Publikuję większą partię notatek
"Z dziennika nieuczciwego antykwariusza",
które pisałem na bieżąco we wrześniu b.r.

 

 

7 września

Wtorek. Obudziłem się u znajomego Mola przy Unter den Linden. Gospodarz, jak co ranek poszedł na kulkę naftaliny. Kawa. Papieros. Notesik: S. przy Aufgeklartstrasse 58. Nietypowe zamówienie. U mola piwnica bukinistów. Biorę egzemplarz, przerzucam, wyrywam trzy strony. Spacerkiem pod numer 58, akurat na wieczór. Po drodze dźwięczy mi w głowie: „ Syneczku mój, nigdy się nie ciesz, że kupiłeś tanio, rzecz, uczucie czy wrażenie. Zawsze do tego, co się należy dodaj jeszcze coś z dobrej woli”. Dzwonię (nie dryń, staromodne bim – bą). Otwiera przytyty Max von Sydow.
- Mam. Znalazłem w antykwariacie w Gdańsku. Pomyślałem o panu.
- Niech pan wejdzie.
Siwobrody odpakował książkę. Nerwowo.
- A cena?
- Ufa mi Pan? Przecież to ja mogłem wydrzeć te kartki.
- Opowiadałem panu o tym egzemplarzu, ale nie mówiłem, które zostały wydarte..
- Dam ją panu za darmo. Pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Że powie pan, o co chodzi.. Czyja to była książka? Przecież nie szuka pan brakujących stron, ale tego egzemplarza.
- Wie pan, nieobecność jest też sposobem na pojawianie się. Nieobecność zmarłego przecież
wnosi różnicę w nasze życie.

Jutro śpię w DB. Jadę do Polski.

8 września

Środa. Deutsche Bahn. W restauracyjnym normalne fotele i ergonomiczne stoliki. Kto wymyślił idee wąskiej lady i pojedyncze, strzeliście smutnie, jak igły Kleopatry, stoliki barowe w „Warsach”? Piję czeski lager na śniadanie (chemizują, wolę ukraińskie).
Naprzeciwko jakaś skacowana, lecz z rozedrganym, podwójnym, sercem, z rana, para (Francuzi). On mówi, śmieje się, raz łagodnie, raz krnąbrnie,
i przegląda się w niej, a ona patrzy na niego bojąc się nawet mrugnąć, by pod skórą powieki nie złożyły jaja jakieś jaszczury. On potrójnie wzruszony jej wzruszeniem, Jean – Pierre – Paul, wychodzi do kibla. Już siedzi tam 10 minut. Stoi, leje i długo pozostaje pod wrażeniem, jakie wywarł na kobiecie.

Serce i podbrzusze ścisnęła mi wielka tęsknota. Poprawiłem okulary, na lewym oku mam plusy, na prawym minusy, jedno oko mi powiększa, a drugie zmniejsza. Raz do dali, raz do bliży. Zresztą, to, co nocą zmalało, rankiem logarytmicznie rośnie. A to, co nocą urastało do rozmiarów tfu..idei błąka się pędrakiem po czystej podłodze zachodniego zug-u. Mój czas dzielę: pół dnia śpię, pół dnia marzę. Kiedy śpię, nie mam żadnych marzeń, szkoda byłoby snu. Kibel w końcu wolny, uff. Jadę przez Śląsk i do Krakowa. Ponoć u Grzyba pojawiła się druga księga „Poetyki”. Zawsze można sprawdzić. Izotop węgla C14 mam zawsze przy sobie, w woreczku na piersi.

9 września

Noc ze środy na czwartek. Polski pośpieszny. Teraz TLK. A osobowe to Reggio. Żeleźnice lachskiej republiki upadają. Wewnętrzne wojny w grupie PKP, podziały w łonie Matki Przewoźniczki, podkradanie sobie trakcji, rażenie konkurencji prądem 3000 V. Ustawki SOK-istów do drugiej krwi na pałce. Na szczęście toalety trzymają siłę tradycji.

A jednak. Pociąg to metafizyczny środek komunikacji. Patrzę w ciemność z przedziału trzeciej czyli pierwszej klasy (jaka szkoda, że nie ma już nominalnie klasy trzeciej i czwartej, jak za Wokulskiego), którym jeżdżą zwykle rodziny kolejarzy. W ciemności pusta stacja, wyludniony peron i pełnia zegara kolejowego, który zgubił wąsiate wskazówki. De Chirico.
- Napije się pan? – facet wyciąga berbeluchę.
- A może pan? Wyciągam swoją.
Trochę szkoda. Dostałem od Maxa w przypływie wzruszenia Blue Label.
- Wędrowniczek z pana, wędrowniczek. Takiej dykty nie piłem – uśmiecha się smutnie. Literatka. Litrówka. Literówka. Kończąc, zasypiam. Towarzysz zasnął już wcześniej, gdy uraczyłem go Wenus w Futrze (na jego własne życzenie: - Nie ma Pan jakiejś literatury do przegryzienia?). Ach, torcik Sachera w przedwojennym Wiedniu! Zasypiam – nie zasypiam. Znów paraliż przysenny. Nie mogę ruszyć ręką ni nogą, słyszę niski, brzęczący dźwięk. Podłączają mnie do trakcji istoty z Księżyca, pojadę jak tramwaj, ze stalowym czepkiem na głowie. Dobrze, że nie zmieniają rozstawu osi, rozkręcali akurat podłogę w naszym przedziale. Kuzynka, już na studiach, ja – gimnazjalista. Tajemnice małżowiny. Wilno, o Boże, dwadzieścia lat temu. Jadę już, jadę. Anuszka wylała olej i tak gładko mi się jedzie. A masz ci los! Zasłoniłem zasłonki, zabarykadowałem nasze królestwo, nasz salon, nasz Taj Mahal na kółkach, a dobijają się. Jakieś łajzy. W środku nocy, stacja? Włoszczowa jaka czy co? Pociąg delikatnie zakołysał. Rozsiedli się, paniska. I gadać chcą, o niedoczekanie ich, naciskam czepek na uszy.
- Każdy może sobie naukę o fenomenach tłumaczyć dowolnie..
(matko moja kochana, filozofy, po nocy? tutaj? w przedziale dla kolejarzy? Boże!)
- Pojęcia “fenomenologia” użył po raz pierwszy, jak się wydaje, J. H. Lambert w swoim Neues Organon. Słowo pojawia się u Kanta w Metaphysische Anfangsgründe der Naturwissenschaft, Hegla w Phänomenologie des Geistes później u von Hartmanna w Phänomenologie des sittlichen Bewusstseins i oczywiście u Husserla…
(Niemcy, znów Niemcy)
(przysnąłem jednak)
- Wróćmy więc do dobrodziejstwa owej dowolności. Fenomen patrzenia na bliźniego polega na tym, żeby widzieć go jako podmiot, który na nas patrzy a nie jako przedmiot swojego postrzegania. Przedmiotem jest wszystko, co stoi na przeciw ja [Gegenstand ist, was dem ich gegen übersteht]. W bliźnim nie należy się też przeglądać jak w lustrze, a doświadczając jego twarzy należy wyciąć sobie powieki. To jest nasze małe epoché.
(Boże, Wenus w lustrze, Wenus w futrze, nacięty sutek, pierwszy towarzysz zniknął uwodząc pierwsze wydanie ze sobą. Znów strata.)
Rabbi, który siedział w kącie, przez chwilę milczał, pociągając fajkę.
-A pamiętasz jeszcze jak to było wtedy, w przeddzień Święta Pojednania?
-Tak, rabbi. Zawołaliście mnie i zapytaliście o radę w sprawie futrzanego kapelusza, który uszkodziły mole.
(Co słychać u Mola? A mogłem wybrać Calvados..cholera blue – zgaga)
- Powiedzieliście, że niszczy się coraz bardziej. Poradziłem wtedy by wyczesać uszkodzone włosy. Wy zaś odpowiedzieliście mi sentencją: „Kto potrafi odczytać list, niech go też doręczy”. Wyczesałem potem uszkodzone włosy.
-A zrozumiałeś?
-Oczywiście, zrozumiałem. Zrozumiałem, że chcąc się dowiedzieć jak się mają sprawy z duszą narażam się na zatracenie duszy; że już wynikło wiele szkody; że nieraz przyglądałem się ludziom, zamiast po prostu z nimi obcować i w toku tego właśnie ich poznawać; że szkodę jaką przez to doznałem, muszę wyplenić aby się nie powiększyła; a także, że nie wolno mi dopuścić aby powstała nowa szkoda; że mam obcować z ludźmi swobodnie i bez jakichkolwiek w sercu zamysłów.
- Trzeba uszanować tajniki ludzkich dusz, choćby tam były tylko śmieci.
(Syntezator głosu zabrzmiał nad wyraz płynnie)
- Even the so-called little people are allowed to have big feelings.
(i jeszcze Angol, ale nie, też Niemiec, wszystko Niemcy)

Zrzuciłem czepek. Wybiegam, porzucam ten przedział. Do końca nocy, do początków świtu, będę chodził od przedziału do przedziału i kradł ludziom ich sny. Może zdarzy się jakaś Nokia z klawiaturą qwerty, muszę napisać sms, ten, co nienapisany od kilku lat.

10 września

„Ja, który biegłem przez wszystkie wagony w poszukiwaniu odpowiedzi na zagadkę. Nieważne, że zapomniałem, jakie było pytanie. Ważne, że kobieta płacze.” Przegapiłem stację. Dobrze, że ten skład nie przekracza wschodniej, znów rozkręciliby podłogę. Prawie dwadzieścia lat temu, przez Grodno białoruskie. Straż graniczna z kompleksami. Wystarczy się zaśmiać – osobista. Wilno, ach Wilno. Opozycja antykomunistyczna głównie w kręgach artystycznych. Przejęli władzę, jak u nas. Landsbergis – pianista. Kolacja u ambasadora w Hiszpanii, akurat był w domu. Obiad u ministra kultury. Wino, kwatera u Feliksa Bajorasa (trójca: on, Kutawicius i jeszcze jeden). Puszcza, ośrodek rządowy. Tacy zdaje się, lepsi niż nasi. Dlaczego Czechy miały Havla? Pierwsze jogurty Zott w sklepach.
- Kowno było stolicą za polskiej okupacji, wiesz?
- Łaba diena, Łaba naktis.
Kłajpeda. Pałanga. Początek białych nocy – zachodzi ok. 23, ale właściwie nie zachodzi. Kwatera u malarza – buddysty. Zdarzało mu się gubić na chodnikach miasta, po prostu szedł przed siebie, trzeba go było zawołać, wracał wtedy w milczeniu. Od czasu do czasu zatrzymywał się i uderzał kilka razy pięścią gdzieś w okolice splotu słonecznego, może trochę wyżej. Mówił, że odgania w ten sposób złe myśli. Nie powiem, musiał ich trochę mieć.
Wileńskie antykwariaty były wtedy bardzo uczciwe.
Wysiadam. Na Litwę jeszcze nie czas.

11 września

Wysiadłem. Na średnio – małym dworcu, takim jak to w Tarnowie, Nowym Sączu, Gliwicach, a może na mniejszym, takim jak to w Dębicy, Jaśle, Wodzisławiu.
W pobliżu musi być jakiś bar. I był. Bar „Majmonides”. Zatargałem swój kuferek.
- Dzień Dobry, zaraz..
- Toaleta płatna!
- Dzień Dobry, zaraz zamówię, tylko..
- Dla klientów bezpłatna!
- Dzień Dobry, zaraz zamówię, tylko skorzystam najpierw, ok?
Cudo. W J. zagadałem się w barze „Meduza” z panem z platynową płytką w głowie. Ciekawe jak kurs? Obieram kurs na wolny stolik z kuflem piany. Roztworzyłem kuferek, rozłożyłem nowy nabytek, stworzyłem mój świat w barze „Majmonides”. Zacząłem prywatny notarikon. C, dwa razy, H pięć razy, O raz, H raz, ale wspólnie, rączka w rączkę myje. Oh. Kiedy pierwszy kufel dopija się do połowy, oko pierwszy raz spoczywa łagodnie gdzieś w nieokreślonym horyzoncie, niczego nie szukając, niczego nie widząc. Ta chwila jest najlepsza, kufle następne – marne jej popłuczyny. Oczywiście zaraz się dosiądą. Znamy się już. To moja odwieczna Trójca. Cimcum. Wycofuję się, dając im miejsce. Poznaję ich, znałem ich już od dawna. To Tadeusz, Marian i Jan. Tadeusz był adiunktem na wydziale chemicznym. Tak jak został przyłączony, tak został odłączony, dawno już, z dziesięć lat będzie. Jest znów chłopcem. Niczego nie musi i od rana niczego się nie boi. Marian, jego brat - swat, najlepszy przyjaciel, kłócą się tylko wtedy, gdy Marian po pijaku przeleci tygodniową narzeczoną Tadka. Marian ma dystans, do wszystkiego i do wszystkich. A Jan? Jan ma dystans do swojego dystansu. Artysta, rzeźbił i malował. Teraz tylko maluje, rzeźbić już nie może. Jan ma taki dystans do swojego dystansu, że zaprzeczyłby na raz i Heraklitowi i Zenonowi, a strzała sceptyków na zawsze utkwiłaby nieruchomo w powietrzu, furgocząc jednak i tnąc tlen i azot. Gdyby podzielić dystans Jana do swojego własnego dystansu na nieskończoną ilość części.. Myśl przerwał mi Tadeusz, którego dystans do mnie zaczął niebezpiecznie się zmniejszać. Cimcum, skurczyłem się w sobie, zapadłem. Pozostawiam im wszechświat w barze „Majmonides”. Idę na frytki.

14 września

„Z jednej strony podobało mi się, że one mają talie, a my nie. Wywoływało to we mnie – jak by to rzecz „roztkliwienie”, czy co? Ale z drugiej strony, one przecież zadźgały scyzorykiem Marata. Marat zaś był Nieprzekupny i nie należało go rżnąć”. Ba!
Nie ma frytek. Może to i dobrze, po frytkach papieros dziwnie smakuje. Szczególnie po frytkach dobrze osolonych, dym gryzie w gardło. Nie można jeść frytek po pierwszym piwie. Ba, nie można ich jeść po drugim, czy trzecim. Po siódmym piwie ewentualnie można zjeść frytki. W życiu wszystko układało mi się w pepitkę: raz talia osy i owidiuszowskie biodra, raz chłopięce, raz pończoszki i szpilki, raz dżinsy, bluza i sweter. Zadzieram głowę wysoko ponad dachy peronów, a stalowe niebo ironizuje. Nade mną układało się to, co być miało, pode mną układało się to, co było, ja zaś układałem się sam ze sobą. Coś za coś.
- Pierogi raz – ruskie – przemogłem się. Po pierogach, małej porcji, dzień pozostaje dalej otwarty.
Na peronach gęstnieje tłum, dzieci dojeżdżają do szkoły, studenci nie dojeżdżają na wykłady, spracowani mechanicy jedzą kanapki z kiełbasą, starcy i starowinki jadą w przedostatnią podróż (zawsze w przedostatnią). Młodzi jeszcze nie wierzą, a starzy już nie wierzą, albo odwrotnie, młodzi już nie wierzą i wierzą, że nie uwierzą, dopóki nie złamią karku. Tak oto, jak ja łamię teraz kark papierosa.
- Nie myśl o złym losie miły. Nie mów, że przyszłość przyniesie to, co przynosiła zawsze.
I jak tu się nie litować. I nad dziećmi i nad starcami. Im jestem starszy tym bardziej brzydzę się swojej własnej czułości. Tego wzruszenia sobą, że coś cię porusza, ze względu na ciebie. Na moim ramieniu usiadła pierwsza kropla deszczu.

14 września

Pierwsza miłość czy ostatnia litość, co za różnica.
„- Pozwoli pan spytać: skąd w pańskich oczach tyle smutku? Czyż mając taką wiedzę można się smucić? Ktoś mógłby pomyśleć, że pan od rana niczego nie pił..! Poczułem się urażony”.
Mam to szczęście, ja głupek, codziennie opuszczać moją wieś i codziennie staję na rozstajach. Z tej stacji pociągi jadą w trzech kierunkach. Kohelet powiada zaś: W wielkiej mądrości wielkie utrapienie, a kto wiedzy przysparza, przysparza i cierpień. Tak bywa szczególnie, gdy ktoś czuje ciężar, a nie ma siły go unieść. Zdeponuję kuferek w przechowalni, ani on mój, ani czyjś. Mam kilka możliwości: pojechać do Lwowa, do Wandy, by „po” – stanąć na balkonie z zapałkami „Kozaczki” i patrząc wstecz planować jutro. Mogę też udać się tam, gdzie doniesiono mi o „Komedii”. Wilhelm z Baskerville grzmiał do ponurego mnicha: Szatan to wiara bez uśmiechu, to prawda, której nigdy nie ogarnia zwątpienie. Nietzsche zaś słusznie twierdził: prawdziwie wierzący mogą pozwolić sobie na luksus sceptycyzmu. Nie potrzebują szczudeł ortodoksji. Lecz w co ja wierzę? Wyobrażam sobie sąd ostateczny jako milczenie.
- No powiedz coś, coś prawdziwego.
A ty, człowieku milczysz: będziesz milczał albo śpiewał. A ty milczysz, bo „ani – tak”, „ani – nie”, szczerość nie istnieje, nie ma punktu odniesienia. Tak jak wszystko było odniesieniem tak nigdy nim nie było. Mówiłem do siebie, słowo na końcu języka spływało mi do ucha. Gdybym przewlekł nitkę przez oczodoły, usta i uszy zaplótłbym wstęgę Moebiusa. Gdy piję – piję z butelki Kleina. Gdy wymiotuję – wymiotuję do środka. Gdy podróżuję – cofam się. Jak pisał Arsenij Tarkowski: ..moją krwią by wieki roztętniono, za kąt przytulny, gdzie drwa jasno płoną, mogłoby życie moje być zapłatą, gdyby nie było lotną igłą ono, co w świat mnie niesie jak nić nawleczoną.

Pa mój kuferku. Została jeszcze jedna możliwość. Jeśli nie Wanda to weranda. Zalana słońcem, pianino, jasne drewno, kuzyni, których nigdy nie miałem i trzy siostry. Z pułkownikiem Kotowem postrzelalibyśmy do obrazów. Ale tej jesieni nie ma już słońca. I nie będzie go całą zimę, jak zeszłego roku.

Wyobrażam sobie sąd jeszcze inaczej, jako przeźroczystość. Totalną przeźroczystość. Ta wizja napawa mnie przerażeniem.

 

Wrzesień.

 

A jednak Lwów. Dzwonił Mykoła. Ręce drżą z niecierpliwości. Pożegnam się z Przemyślem w lodziarni certyfikowanej w Wenecji. Starówka na wzgórzach. Stacja I - małe co nie co. Stacja II - popić. Stacja III - ciastko . Cztery wyznania. Teraz tylko dwa, a właświe jedno. Pochyłym rynkiem się staczam. Stacja IV. Medyka. Pieszo. Szeginie. Marszrutka. Mykoła będzie dopiero jutro. Opera – balet, muzyka z taśmy. Obciągnięte bielą stopy baletnic brudne od kurzu. Drzazga z parkietu w uchu. Orzechy laskowe. Zielony Tuborg. Sławutycz. Obołoń. Lvivskie. Ruletka pneumatyczna pod szklanym bąblem oczekiwań. Nazajutrz.
Znów na wokzał. Kupiejnyj? Plackartnyj? Tramwajem do centrum. Pani odrywa bilety z rolki szarej srajtaśmy. Kawiarnia wiedeńska. W szkockiej jest teraz bank. Dzwoni Mykoła.

- Miałeś przyjść do wiedeńskiej.

- Stryjski. Kolejka.

- Kiedy?

- Ostatni kurs pionierów.

(tyle czasu, tyle czasu)

Wanda mieszka na Halickiej.

- Wandusiu, na krótko, na krótko.

(Dlaczego ona, jak wszyscy, wszędzie, wiesza tego Szewczenkę?)

Przypomina mi się kawał o  okresach literatury ukraińskiej.

- Pierwszy – niczego nie buło, drugi - buło, ale zaginuło, trzeci - buł Taras Szewczenko, czwarty - dopiero budzie.

 

Niecierpliwość. Przejdę się na Wzniesienia. Z Wysokiego Zamku ludzie sfruwają na rynek. Dzięki malutkim klatkom na wszy przymocowanym na udach latają w powietrzu. Jak, nie przymierzając, latać nie będą nosząc wkładki magnetyczne ROMI.

Karmiciele wszy swobodnie poruszali się po mieście. Błogosławiony Weigl. Karmili: Banach, Herbert, Żuławski senior. Kupiłem dziś dziecięce zapiski Lema. Nie powiem, żebym przepłacił. Tych dwóch łysych spod Iwana Fiodorowa zna się na rzeczy. Ja się jednak znam na rzeczy lepiej. Ochrzciłem ich: Trurl z Klapaucjuszem, bo ciągle chcą sobie udowodnić, kto mi drożej sprzeda. A niech tam, dziś liczy się Mykoła. Pan z akcentem spod Monte Cassino rzeźbą zmarszczek wtapia się w Kaplicę Boimów.

 

 Park piękny jak zwykle. Mykoła, jak zwykle, podpity. Dla mnie – zbyt ważna sprawa. Każdy wie o szkockim zeszycie, mało kto o zeszycie wiedeńskim. Przeklęty Mykoła, skrewił mi symbol, wiedeński w wiedeńskiej. Ma notatki Aleksego. To jedyny trop. Siadamy w kolejce. Ręce mi się trzęsą.

Wiosną 1934 Bogolubov kupił mały kajet i namówił Stasia. Siedzieli w Stryjskim (oj, ten Mykoła, przywraca mi symbol, zapaliłem), później w wiedeńskiej. Korespondencyjnie: Lasker, von Neumann i Wiener. Pierwszy i drugi kilka razy też ciałem – wtedy wpisywali własnoręcznie (cieszy mnie to, oj, jak cieszy). Po jednym z takich spotkań, wspólnie postanowiono je zakończyć a zeszyt z notatkami został zniszczony (Aleksy też dał się zwieść).

 „Wciąż jest dla mnie źródłem nieustającego zdziwienia, ze kilka znaków (...) może zmienić bieg ludzkich spraw".

Koniec kursu. Robi się zimno. Zabieram Mykołę na bilarda do wiedeńskiej. Przy Prospekcie Swobody, w Kawiarni Wiedeńskiej, na parterze, stoją obecnie żetonowe stoły bilardowe. Po wrzuceniu żetonu, z zasobnika znajdującego się w środku stołu uwalniane są bile kolorowe potrzebne do gry. W rozgrywce, w miarę wbijania ich przez graczy do łuz, ze stołu znikają. Może się jednak zdarzyć, że do łuzy wpadnie bila biała, która jest zawsze niezbędna do kontynuowania gry, gdyż w nią zagrywa kijem gracz. Aby automatyczny mechanizm żetonowego bilardu mógł rozpoznać białą bilę i przywrócić ją na stół po każdym przypadkowym jej wbiciu jest ona zwykle większa i cięższa niż bile kolorowe. Powoduje to nieprzydatność bilarda żetonowego dla bardziej wymagających graczy. Wiedzą oni, że białą bilę o zmienionych parametrach o wiele trudniej podręcić, a więc nadać jej odpowiednią rotację, uderzając w określony jej punkt. Kluczem do sukcesu w grze w bilarda nie jest wbijanie bil kolorowych, ale takie pozycjonowanie białej bili aby każde następne wbicie było łatwe. Tajemnicą gry, jest więc operowanie białą bilą tak, żeby żadne uderzenie nie stanowiło większej trudności, a nie takie opanowanie gry, byśmy nawet najtrudniejsze uderzenia zawsze trafiali. To drugie jest bowiem niemożliwe. W kawiarni wiedeńskiej zaskakujące jest to, że mimo większych rozmiarów białej bili da się ona w pełni kontrolować. I wędruje dokładnie tam gdzie chcemy, nie pozostawiając miejsca dla przypadku.

 

Emanuel Lasker spotkał się z Erwinem Schroedingerem późną wiosną 1931 roku lub zimą 1932 roku w Berlinie. Być może nastąpiło to po odczytach16 czerwca 1931 roku lub na Wydziale Matematyczno - Przyrodniczym Pruskiej Akademii Umiejętności 18 lutego 1932 r.

 

(tu brakuje dwóch stron notatek)

 

Negatywna entropia może oznaczać też powstawanie porządku z chaosu, odwrócenie drugiego prawa termodynamiki Boltzmanna, ewolucję od rozpadu do coraz bardziej uporządkowanej pełni.

 

 „Tylko z chaosu może się narodzić tańcząca gwiazda”.

 

W Zurychu ze Schroedingerem zakolegował się Linus Pauling. Jeszcze w 1928 r. przerwał zajmować się kryształami i zaczął stosować teorię kwantów do badania wiązań chemicznych. Wyjaśnił na podstawie mechaniki falowej związek między własnościami różnych atomów a konfiguracją ich elektronów.

 

Notuję na bieżąco. Sprawdzam szczegóły.

 

Linus Pauling, jeszcze przed Jamesem Watsonem i Francisem Crickiem stworzył model cząsteczki DNA. Składała się ona jednak nie z dwóch, ale z trzech łańcuchów tworzących spiralę.Uczony należał z żoną do kościoła unitariańskiego, choć był ateistą (hasło unitarian: "Aby wszyscy byli jedno!" [J 17, 21]). Pauling brał też udział w programie badawczym prowadzonym metodą Hermanna Rorschacha, mającym na celu analizę osobowości wybitnych uczonych. Okazało się, że wykazuje tendencję do narcyzmu, ma duże ambicje i wyobraźnię, a także poczucie pustki. Dożył 93 lat.

 

Aleksy nie zrozumiał, jestem teraz tego pewien, Aleksy tylko obserwował.

 

..z zeszytu wyzierały nagryzmolone cyfry

- Kto rozumie niech oblicza - trochę cynicznie a trochę smutno wycedził Bogomilov.

Kończąc dyskusję nasi przyjaciele zamówili coś mocniejszego, a szklaneczki gorzałki ustawiła w koło przemiła, lecz brzydka kelnerka.

- How I want a drink, alcoholic of course, after the heavy lectures involving quantum mechanics! - ktoś zanucił rubasznie pod nosem.

Piosenka poniosła się w koło sali.

Spożyli, po czym udali się z czystym sumieniem na ruletkę.

 

Żegnam się z Mykołą.  Przed wyjazdem wstępuję jeszcze do katedry.

W ormiańskiej  kondukt pogrzebowy zatrzymał się na fresku. Mary na marach niosą św. Odilona, który wymyślił Święto Zmarłych. Ten po środku – który spogląda prosto -na mnie – to TERAZ.

Przeszłość jest zakapturzona, przyszłość nie podniosła jeszcze wzroku.

Czułem się dziwnie kserując za hrywnę notatki Aleksego, ale Mykoła za nic nie chciał się z nimi rozstać. Znów rozstaję się z miastem, znów jestem bliżej tajemnicy, dalej od codzienności. Czy nie tego właśnie zawsze chciałem? Ale czy ta droga na skróty doprowadzi mnie kiedykolwiek do tej upragnionej mety, na której nic się nie kończy, a właśnie wszystko zaczyna? Szatańska podróż od Malkuth do Keter zygzakiem żmii. Jak to się skończy? Jak to się zaczęło?

 

Choćby nie wiem co wydarzyło się wczoraj (a przecież wydarzyło się!), już jest dzisiaj – i z ekscytacji, nastroju wieczora dnia wczorajszego zostały tylko wspomnienia. Jestem nieciągły, bywam nieokreślony. Ile pracy jeszcze przede mną! W pamięci przelatują miejsca i chwile, śmiech i płacz, żałość, nadzieja i przeczucie utraty. Myślę o pełnym obaw przywiązaniu i czuję je, odwracam się od tej myśli by jej nie widziec (właśnie tak!), wstaję i patrzę na siebie, przez moment czuję się wolny. Miejsca w których byłem, ludzie, których kochałem – patrzę na siebie w milczeniu. Ale nie ma mnie ani tam ani tutaj, teraz. Rzuciłbym kością, najchętniej swym wydłubanym żebrem i przeniósł się, jak w grze Eurobiznes na pole "Cofasz się o pół planszy".

 „Nic nie będzie miało miejsca oprócz miejsca”. Świadomie mogę to miejsce kultywować, jako pustkę. Pustka czeka na wypełnienie, pustka przyciąga, wciąga, zasysa. Pustka może być magicznym miejscem umarłego miasta. Nad brzegiem pustki, na schodkach przy pustym placu pustki, na stopniach stojącego w środku placu pustki pustego cokołu. Po Bezimiennej Bogini.

 

Wzrok zawisa na chwilę na pięknym niebieskim zdjęciu Kwaśniewskiego za rączkę z Kuczmą, zawieszonym na framudze drzwi. Dość dobre pierogi, choć wolę jednak pielmienie na Gorodeckiej. Leci starawa polska piosenka, słowa chyba Hemara. Cóż za rzadkość teraz, we Lwowie.

 

Zygmuś Krasiński - ach, przykry dreszcz, też duży talent, a słabszy wieszcz
Lecz to, niestety nie jego wina, przysięgłabym to ta Delfina
Od rana „tak", w południe „tak", wieczorem „tak" bez szczególnych perswazji
W ojczyźnie „ tak", na emigracji „tak" i człowiek nie miał do bólu okazji.

Właśnie dlatego czarny Zygmuś został tym najgorszym z melancholików, którzy topią się w acedii z tego jedynego powodu, że dostali wszystko to, czego pragnęli. Pławią się w szlachetnej psia mać nieokreśloności. „Nieokreśloność oznacza dwie rzeczy: albo brak związku między uczuciami, których dusza doznaje, albo też rzeczy mocne i pewne, które miały miejsce, które przyszły, które weszły do samej głębi, które przeniknęły aż do szpiku kości, lecz które nigdy całkowicie z ust nie wyszły,  które na wpół tylko dają się wyrazić, które przez to samo wreszcie, że nigdy z duszy nie wyjdą całkowicie, rzucają na wszystko, na najmniejsze szczegóły, coś smutnego i nieukojonego.” Ale nieokreśloność może też dotyczyć rzeczy mocnych i pewnych, które miały miejsce, które przyszły, które weszły do samej głębi, które przeniknęły aż do szpiku kości i które całkowicie z ust, oczu i uszu a także wszelkich innych otworów i porów na ciele wyszły bezpowrotnie, tak, że zostało miejsce, głęboka studnia, do której wpadając, każdy jasny promień słońca niesie ze sobą coś smutnego i nieukojonego? Niektórzy mówią, że to perwersja woli, która pragnie obiektu swego pożądania, lecz nie drogi doń wiodącej. Ale przecież bywa, że pragnie się właśnie drogi. Po pokonaniu ostatniego stopnia, na stacji docelowej - ten obiekt znika, i nie wiadomo czy nigdy go tam nie było, czy wyczerpał się doszczętnie w chwili, gdy nie można się było do niego zbliżyć już bardziej.

 

I tak nastają słabe południa złych ludzi po ich wczorajszych silnych wieczorach. Jak zagubione ogniwo Darwina, którego dar wina już nie obłaskawi. Jeszcze - nie człowiek - już poza - naturą. Trzeba dalej o kulach wolnej woli wąchać zgniłe mięso.

Między wierszami krząta mi się kelnerka - młoda - stara - pani. Nie patrzy na mnie jak na wariata, bo wielu tu mówi do siebie. Dopiero teraz się usłyszałem.

 -Może gdzieś wyjedziemy ?

- Gdzie ?

 -Tam gdzie rosną poziomki , pamiętasz ?

Ko - cha - nie.

 Znów me ukochane perony.

Wystukam melodię zanim nadjedzie pociąg.

 Se - ma - for zamigotał pomarańczowo.

Wróciłem.

Odwiedziłem dom rodzinny. Na ganku, lecz poza daszkiem, na stoliczku, zobaczyłem książkę dziwnego, podłużnego formatu. Znałem ten kształt. Pamiętałem tę książkę.

- Tato, co ta książka robi tam, narażona na wrześniową pogodę?

- (…)

- Wietrzy się, spleśniała trochę – dobiegł mnie głos ojca.

 

Przysiadłem na jednego papierosa. Wziąłem ją w ramiona. Wszystko – jakby – wróciło do łona oczodołu.

 

To dziwne wydanie „Epifanii” Joyce’a (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1972). Na pierwszych stronach przedmowa Macieja Słomczyńskiego. Przeczytałem, jej fragmenty, na głos.

 

„„James Joyce był zapewne jednym z największych poetów, jacy kiedykolwiek żyli na naszym tak obfitującym w poetów globie, lecz w ogóle nie liczył się z koniecznością tworzenia w takim lub innym gatunku literackim. Zasadą jego pisarstwa było podporządkowanie wszystkich istniejących rodzajów twórczości: prozy, dramatu, liryki, epiki – jednemu celowi nadrzędnemu, jakim był najdoskonalszy zapis tego, co chciał powiedzieć. (…)  Joyce [oczarował nimi Yeatsa] zaczął pisać epifanie najprawdopodobniej jeszcze jako chłopiec. Nazwą tą określał nagłe zarejestrowanie zjawiska lub nieoczekiwane powstanie myśli [tu można by mocno się zagłębiać w to co miał – nagle czy nie nagle – na myśli Maciej], mającej autonomiczną wartość artystyczną mimo swej pozornej banalności. Epifanie są – jak gdyby – dowodem osobliwego widzenia świata przez artystów i w związku z tym zaprzeczeniem istnienia banałów w dostrzeganym przez nich świecie. Dla artysty wszystko może być materiałem, jeśli potrafi dojrzeć rzeczy zwykłe w odpowiedni sposób. Zdaniem Joyce’a to nagłe dostrzeżenie „wewnętrznej istoty rzeczy” jest właśnie Objawieniem. (…)

„Portret” [artysty za czasów młodości] jest spowiedzią, która prowadzi do obowiązujących uogólnień moralnych, „Ulisses” jest próbą dokonania tej spowiedzi przy pomocy o wiele precyzyjniejszego aparatu, rejestrującego nawet fragmenty myśli i uczuć, ale spowiedź Ulissesa pozbawiona jest uogólnień moralnych, odrzucając definicje i pozostawiając czytelnikowi wyciągnięcie wniosków. „Giacomo” [Joyce] zawiera w sobie obie te metody równocześnie i wychodzi zwycięsko z powstałej sprzeczności, gdyż miłość nie jest zjawiskiem jednolitym i pozwala, jednocześnie niemal, budować uogólnienia i burzyć je.

(…)

„Finnegans Wake” jest utworem tak trudnym, że, szczerze mówiąc, pośród legionu książek napisanych na jego temat nie ma ani jednej, która próbowałaby powiedzieć, czego ta książka dotyczy. (…) Później, po latach, zacząłem rozumieć: „Finnegans Wake”, w którym Joyce chciał zamknąć wszystko – całe dzieje człowieka, wszystkie jego sztuki, nauki, nieszczęścia i nadzieje – jest książką napisaną w wieży Babel pomieszanymi językami i dialektami wszystkim epok i krain. I, jak sądzę, jest najczystszą poezją, jaką umiałbym sobie wyobrazić..””

 

Ojciec kocha Joyce’a.

 

Zgasiłem papierosa i wszedłem do domu, z którego wyszedłem.

 

Październik. 

 

Pociąg. Znów. Teraźniejszość. Już nie wspomnienie. Ups, już wspomnienie. InterRegio. To już nie jest Osobowy, jak wiadomo. Nowa kategoria. Ale łączyć bilety można, bo jeden przewoźnik. Charon to nie jest, obolami się nie płaci. A jednak język coś uwiera. W Czechowicach – Dziedzicach (dwuczłonowe nazwy, z perspektywy kolei, kojarzyły mi się zawsze ze stacjami rozrządowymi, gdzie tory się krzyżują, np. Stalowa Wola – Rozwadów, Jaworzna – Sczakowa itp.). Ale etymologia zupełnie inna.

 

Spróbujmy się zabawić w zgadywankę. Czechowice. Ice, zimno, ale nie lodowo– (ic, icz) takie odojcowskie (Janowicz, Hanasiewicz, itp.) Śląskie to jest w ogólności (choćby: Gliwice, Katowice). Syn Kata? Żart kata raczej (Kat – Witz). Raczej nie. Kat miał się całkiem nieźle. Miał przywilej prowadzenia zamtuza w średniowieczu (a więc podwójna przyjemność: na granicy życia i śmierci. Przy odpowiednim zabezpieczeniu – i tu – i tam, frajda była. A może nie). Mniejsza z „katem”. Kat-ego-rie. Katastrofa (kata – strofa), katalepsja. Kathasis. Wtedy: Odnowienie niedefiniowalne w żarcie, względnie syn (powracające, rodzące się) odnowienie. Przezwyciężenie. Czystość.

 

Katarzy.

Heretycy.

Montesegur, krucjata kato- licka (katolicki znaczy: kościół powszechny; najbardziej ogólny; uniwersalny; w domyśle, oczywiście, najlepszy), katarzy wybici do nogi, bohaterscy obrońcy prawdziwie chrześcijańskiej wiary. Niektórzy mówią, że nazwa „katarzy” wzięła się od „czystych” – katharsis. Lecz ich przeciwnicy wywodzili ją od „morderców kotów” (jak wiadomo, także Żydzi mordowali chrześcijańskie noworodki, by pić ich krew).

Ja myślę, że to drugie uzasadnienie nazwy jest prawdziwe. Dlaczego?

Ano dlatego, że nazwy zawsze nadają zwycięzcy (ci co zabijają, wyrzynają w pień), a nie pokonani (ci, którzy już nie mówią).

 

Stalowa wola. Piękne. Ktoś musiał mieć niezłomną wolę, by tak uświęcić wolę. Stalinogród – to, o ile pamiętam, Katowice, przez pewien czas. A Rozwadów – no cóż – stacja przeładunkowa? Rozładujesz, zapakujesz, poślesz towar lub siebie w świat po przestawionej zwrotnicy? Oczywiście nie tak. Trzeba sięgać do staropolszczyzny, tam są odpowiedzi, w Miodku ucha, bursztynie języka. Dłubać palcem. Niesmaczne. A fe. Santa Fe. Nie wiem. Felicja? Szczęśliwa? A Marat? Marata naprawdę nie należało dźgać. I to tym bardziej w kąpieli.

 

Ten InterRegio kończy bieg w Wieliczce. Ja wysiądę raczej w Krakowie. Zastanawiałem się przez chwilę czy nie pobyć chwilę w Oświęcimiu. Byłem tam kiedyś, ale przegapiłem miasto. Nie, nie tym razem. Wieliczka. Znam kopalnie. Z karbidówkami jeszcze łaziłem. Windą zjeżdżałem. Konia w kopalni widziałem. W nowej (nie tej muzeum) kopalni soli organizowane były turnusy dla pacjentów pulmonologów. Na początku lat osiemdziesiątych uczestniczył w nich nawet pewien Anglik. Miał Marsy i Snickersy. Jak wiadmo – niebo w gębie. Dawał. Dzięki temu nauczyłem się pierwszych angielskich słów. Mieszkaliśmy u Noworatskich. Nowotarska była pianistką. Mój stryj uczył się grać na fortapianie. Nowotarscy mieli piękny ogród. Stryj nie potrafił pracować nad dyscypliną warsztatu, nie mógł zostać pianistą, jak sądzę. Staram się grać w grę, w której mam naturalną przewagę.

Staram się tłumaczyć sobie świat bez przewag – chore poczucie sprawiedliwości interesuje mnie najbardziej. Dlatego, zastanawiam się, czy nie zamknąć, mego małego, nieuczciwego antykwariatu.

 

Ale to tylko słabość, ona minie. Zniknie, jak łzy w deszczu. Poeci, pisarze, malarze, filmowcy, jeźdźcie pociągami, rozmawiajcie z ludźmi. Nauczcie się tkać gobelin. Spotkałem też Marata Dakunina. W ręku trzymał ostrą włócznie i już nie wiem, czy a priori, nie wydał mi się komediowy.

Odwiedziłem Alojzego, ciekawą postać, kolegę po fachu. Alojzy prowadzi teraz antykwariatoporadniokawiarnię w mieście powiatowym. Klientów, i na książki, i na porady, i na kawę, ma dużo. Zastanawia mnie niekiedy fenomen tej mieściny, w której liczba domorosłych filozofów i artystów równa chyba do stołecznych statystyk. Bywa tak, że metropolie ściągają te indywidua, wpierw uniwersytetami z niepraktycznymi kierunkami studiów, później atmosferą, kosmopolityzmem, różnorodnością. A małe miasteczka, jak to Alojzego, zachowują swoich odszczepieńców, bo ci, albo wyrwać w wielki świat się nie mogli, albo nie chcieli, albo do nich wracają, czując, że tam ich miejsce lub wyczuwając, że tylko tam będą kimś. Najsmutniejszy jest zaś los miast średnich – ci, co mogli, wyjechali i nie mają po co wracać, ci, co zostali, gubią się w tej medianie średniości.

 

Alojzy też jest filozofem i artystą, do biznesu szczęścia nie miał. Wiele lat temu miałem wejść z nim w spółkę. Projekt był autorstwa Alojzego, ochrzczony roboczą nazwą „High – Low”. W skrócie, rzecz miała polegać na połączeniu w ofercie usługowo – handlowej spraw wysokich z niskimi. Gumowe figurki, t-shirty, gadżety, albumy z naklejkami, zmyślne zabawki, które zwykle przedstawiają bohaterów popkultury czy kosmiczne stwory z ostatniego filmu stajni Disneya, Lucasa czy Pixara, w planach Alojzego miały przedzierżgnąć się w pacynki filozoficzne, t-shirty z cytatami z Platona, klocki, z których układać można było tezy i antytezy, klasery, w których kolekcjonowało się zagubione myśli. Alojzy, wizjoner, nie zapominał też o sferze usługowej. Kraj opleść miała sieć miniaturowych trafik, w których, prócz możności zakupu wszystkich tych precjozów, wykwalifikowany w pustej gadce sprzedawca, odpowiednio podejmowałby klientów, słuchając ich, potakując, prosząc o autograf, obsługując mentalnie i emocjonalnie. W istocie, Alojzy w swym geniuszu, chciał swym odbiorcom – klientom stworzyć sieć ich własnych odbiorców, czekających w kioskach kultury, na swych filozofów i artystów, wiernie i z utęsknieniem.

 

Wspomnienie przerwało mi jowialne: - Ave stary brachu.

Alojzy wychynął zza regału.

 

- Jak ci się wiedzie?

 

Alojzy mrugnął porozumiewawczo okiem. Za ostatnim klientem zamknęły się przeszklone drzwi, na odchodne zadźwięczał miniaturowy Dzwon Zygmunta. Alojzy sprzedał właśnie wyjątkowo paskudną, plastikową Grupę Laokoona, ucharakteryzowaną na tegoroczne jury Konkursu Chopinowskiego. Argerich miała loki dorobione z przypalonej włóczki.

 

- Pianista, bardzo dobry klient – uśmiechnął się dobrodusznie.

 

Zapaliliśmy.

 

- Jak wiesz, zagaił Alojzy, zaczęło mi się jakoś układać. Mam kilka rodzajów gości. I to tutaj, w Burmistrzowie. Jak wiesz, najwięcej jest tych zagubionych. Muszą się wygadać, a my umiemy słuchać i potakiwać.
W czwartki mam zresztą porady borderline. Klientami są wyśmienitymi, bo jak w historii o szatach cesarza, unusquisque mavult credere quam judicare. Przychodzą też niespełnieni. Coś tam dłubią, by się wyrazić, zwalczyć, zapomnieć czy zachwycić, problem w tym, że popadają we wtórność, albo po prostu nie starcza im talentu na zamiary, materii na szatę. Jest też kilku prestidigitatorów, w zasadzie kupują wszystko i chcą wszystko sprzedać. Ostatnio, wyobraź sobie, taki jeden przyniósł sztych zakodowany na 101 sposobów. Żeby chociaż rył, jak Durer. Nie, zmontował.  Opowiadał mi o tym z dumą, a ja nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać.

 

Alojzy nigdy nie był ze mną do końca szczery. Pamiętałem, że od zawsze, chełpił się swoją przenikliwością, inteligencją, tym, że może rozgryźć każdą formę i przeżuć każdą treść. W istocie, w dawnych latach gdy miał jeszcze zdrowe, chłopskie zęby, formy trzeszczały w jego błyskotliwych dziadku do orzechów i pękały niczym skorupki włoskich, odsłaniając pofałdowane mózgownice konceptów. Ale i sam Alojzy nie był do końca wolny od zabaw bez znaczenia. W istocie, zastanawiałem się kiedyś, czy w jego orzechu, znajduje się cokolwiek, czym mógłby się pożywić..ktokolwiek.

 

Pan Władek, emerytowany profesor filologii klasycznej, którego Alojzy zatrudnił jako subiekta, pomachał nam z drugiej strony witryny miotłą i zabrał się za odkurzanie chodnika.

Alojzy zadumał się.

 

- Szewc Sokratesa wiedział, po co żyje na tym świecie. Żeby robić buty Sokratesowi i innym Ateńczykom. A Sokrates wiedział tylko, że nic nie wie.

 

Zadumałem się i ja. Siedzieliśmy tak z Alojzym i patrzyliśmy, przez witrynę antykwariatu, w jesienną szarówkę. Bure liście opadały i osiadały na chodniku, a pan Władek zamiatał, zamiatał i zamiatał.

Komentarze (60)

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 22:17:41

    po kolei:

    podoba mi się wejście - z werwą. ciekawe dialogi - zróżnicowane, pomimo braku dookreślenień, wartkość akcji już od samego wejścia - to daje asumpt do daleszej lektury. więc dałam się złapać i czytam dalej i...

    ten oto fragemnt wybija mnie z rytmu:

    "Naprzeciwko jakaś skacowana, lecz z rozedrganym, podwójnym, sercem, z rana, para (Francuzi). On mówi, śmieje się, raz łagodnie, raz krnąbrnie,
    i przegląda się w niej, a ona patrzy na niego bojąc się nawet mrugnąć, by pod skórą powieki nie złożyły jaja jakieś jaszczury. On potrójnie wzruszony jej wzruszeniem, Jean – Pierre – Paul, wychodzi do kibla. Już siedzi tam 10 minut. Stoi, leje i długo pozostaje pod wrażeniem, jakie wywarł na kobiecie. "

    ten fragment nie pasuje do wcześniej obranej konwencji - jest manieryczny, i zdaje mi się, chce być taki, ale sztuczno wypada. jaszczury składające jaja pod powieką? ja rozumiem fantazję, rozumiem poetykę, którą można wpleść tu i ówdzie, ale niechże to będzie poetyka z tej ciekawej, a nie jakaś masakryczna wizja SF zapodana przez gimnazjalistę - takie mam odczucie, sorry.

    "jakaś skacowana" - skrót skrótem ale w prozie niezbyt dobrze to wygląda.

    no i to wyobrażenie francuza w kiblu - ok. jest obrazek, lepszy od poprzednich ale czy konieczny? w jaki sposób ten fragment dookreśla nam bohatera? czy w ogóle ten fragment czegoś mu nie ujmuje?


    dalsze refeksje za chwilę.

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 22:21:38

    na dacie 9 września zatrzymuję się zdziwiona, że rzecz jest współczesna? trochę żałując, czytam dalej ( chwilami klimat przypominał mi Dostojewskiego i ten czas). badanie węglem...hmm, zaczynam snuć fantazje na temat bohatera. czy to fantasta czy może jakiś oszust?

  • z tymi jaszczurami to dopowiedziałem do takiego fragmentu u Kundery ("Tożsamość") gdy ona się boi, że jak mruga (zamyka powiekę) to w postać jego może wejść cokolwiek (gad..itd.). Jaszczur jako dość tania rzeczywiście metafora wyłącznie absorpcji energii - brak empatii - tylko pobieranie.

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 22:25:03

    ha! czytałam "Tożsamość" i zrobiła ta opowieść na mnie kolosalne wrażenie! ale tego jaszczura nie pamiętam, widocznie umiejętnie zsotał wpleciony w narrację, tak że mnie nie wybił w żadnym kierunku wątpienia. Kundera pisze w taki sposób, że trudno cokolwiek zakwestionować, trudno w ogóle myśleć o pisaniu, wpada się w tę czerń, w tę melancholię, bo u niego wszystko takie smutne.

  • A bo to wiadomo jaki wrzesień. Nieuczciwy antykwariusz.

  • Nie wiem czy był tam u Kundery Jaszczur. Nie zawsze pamiętam co moje a co zasłyszane, niestety. No i trawestuję bez pardonu czasem. Ale "Tożsamość" jakoś tylko fragmenty, w całości jest takie se dla mnie. Najlepsza chyba Księga śmiechu i zapomnienia.

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 22:33:20

    "- Napije się pan? – facet wyciąga berbeluchę" - skąd u bohatera taka wszechwiedza? wyciąga swoja i zaraz skwapliwie dodaje, że jest to przedni trunek...
    czy mam rozumieć, że wtym miejscu zaczyna bohater zdradzać swoje niezbyt ciekawe cechy charakteru? mania wyższości, snobizm?

  • Oczywiście nieszczęsny poeta w "Życie jest gdzie indziej" też dobry, no i "Żart" choć więcej polityki.

  • "skąd u bohatera taka wszechwiedza?" - z doświadczenia

  • Bohater jest oczywiście megalomanem, poza tym chce uratować świat. Po faustowsku chce zaś ocalić jedyną miłość..i nie tylko.

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 22:41:20

    za najlepszą książkę Kundery uważam "Nieśmiertelność". Tożsamość natomiast jest doskonałym studium ułomności ludzkiej, obnaża chorobę ego, która drąży przede wszystkim artystów, choć z naukowacami ponoć wcale nie jest lepiej:)

  • Bardzo mi się podoba. Przekonał mnie ten tekst.
    Jutro go znów przeczytam, i znów dokładniej zanalizuję.
    Wtedy może o nim coś sensownego napiszę.
    Marat, zdolna bestio :)

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 22:46:46

    ok. idźmy dalej.

    fragemnt zaczynający się od "wędrowniczek" jest doskonały! to właśnie taki dobry kawał poezji niejako, czytywałam u posmodernistów podobne dygresje ( Barth na przykład w "Pływającej operze"), niezwykle to udany fragment, gdyby nie ..."czepek"...co to ma być? nie może być po prostu czapka, beret, czy kapelusz?

    podkreślam tylko to, co mnie czytelnika wyrywa z pasji czytania - wyboje:) czyż nie jest tak, że można by je wygładzić, żeby tekst wchodził gładko i w całości? chyba, że jest taki zamysł sciągania oderwanego od realności czytelnika na kolokwialne śmieci?

  • Proza z gatunku, jadę, zwiedzam, odwiedzam, a przy okazji rozmawiam i czasem rozmyślam... ale w sumie czytało się miło, bo raźna taka, raźna :) Mary Lou, a te jaja składane przez skórę pod powiekami mnie właśnie przykuły, bo to jakby pierwszy fraza która karze się... zatrzymać przecież. Ja nie lubię lecieć z prozą na łeb na szyję...

  • Łukaszu, cieszy mnie przekrój czytelników, dzięki :)

  • Lou: wg mnie najlepsze jest w barze Majmonides..zobaczymy jak Ci wpadnie.
    I zwróć uwagę na cimcum.
    Całości nie polerowałem, wrzuciłem tak jak była na bieżąco pisana, więc nie dziwota, że wiele tam można zarzucić pomniejszości, zgadzam się.

    Co do Wilna - to akurat prawda, prawda..Młodym się było.

    Roman: O, tak szybko czytnąłeś? Dzięki za komentarz, fajnie.

  • Mary Lou - mam cudowną znajomą w Lublinie, która uwielbia Kunderę i jak pisała mi listy, to w każdym było Kundera, Kundera, Kundera, "Romanie pisz jak Kundera", "Romanie to co napisałeś było spoko, ale jednak nie tak napisane jak by napisał Kundera" itd itd. Od tego czasu nie cierpię Kunderę :)))

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 22:55:12

    piękny to myk: "ko- cha- nie":) pięknie mi te koła grają w stronę rozmarzenia, i zaraz znów jakby kamyczkiem w oko: "łono oczodółu"???

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 22:56:25

    Raman, masz rację, też tak miałam, ale później przeczytałam "Braci Karamazow" Dostojewskiego i ten Kundera wyblakł.

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 22:59:53

    Roman - jeśli chodzi o pauzę, to ja ci przyznam rację, jest to miejsce odpowiednie, ale uważam, że zamysł nie do końca jest udany. mnie trochę śmieszy ta metofora, i nie tak, że w tym momencie doznaję niejako odprężenia, ale zaczynam wręcz wątpić w sprawność ręki piszącego, w jego do końca przemyślaną całość.

  • Taak. Czasem są tam takie głupawe liryzmy.

    Łono oczodołu jest z "Bajki o Pani Bozi" która napisał antykwariusz.
    On jest chłopcem. Muszę go brać z meta - poziomu, bo jeszcze nie spotkał Mentora (spotka)

    "A gdy ostatni podmuch odsunął ostatni żal Pani Bozia poczuła czułość miłości. Bez początku i końca pokochała swoje rozsypane odbicie, choć nie mogła przejrzeć się w swych oczach. Drogie dzieci, nie pytajcie jak to jest jak Pani Bozia kocha, może nie jest to nieeleganckie pytanie i być może odpowiedź na nie jest bardzo prosta, ale nawet ja, Najstarszy Bajarz nie umiem tego wypowiedzieć. Nie pytajcie też drogie dzieci o koniec, że o początek nie wypada to już wiecie. Niektórzy, o wiele młodsi bajarze mówią, że Pani Bozia dalej klęczy zbierając swoje odbicie i dalej szuka swych oczu, a gdy je odnajdzie, zaschnięta krew źrenic skruszeje i wszystko, co żyje w rozbitym lusterku wróci do łona oczodołu. Niektórzy twierdzą, że Pani Bozia już dawno się podniosła i zasnęła, zostawiając rozbite lusterko zawieszone na strunach rozdartej pustki, albo nawet, że nigdy się nad rozbitym odbiciem nie pochyliła. Niektórzy utrzymują i opowiadają, że odnalazła w końcu swe oczy i zakochała się bez pamięci w swym wnętrzu, podążając za promieniem, który zaglądnął w pusty oczodół
    i przepadł bez wieści. Są też tacy, którzy mówią, że nie było żadnego lusterka a Pani Bozia nie wiedząc o sobie samej śpi wciąż bez snów i marzeń…Ale skąd wtedy tyle krwi? Są przecież i tacy, co mówią, że nie było żadnego żalu a była i jest tylko krew. Są bajarze, którzy zaklinają się,że Pani Bozia kocha przeglądać się w krwi. Na koniec są i tacy, którzy opowiedzą wam, że Pani Bozia nie była panią albo że nie tak miała na imię albo że była tylko spódnica, wyprasowana i gładka, a może nawet plisowana, a może nawet były to spodnie. Ale co to za bajarze - lekceważąco skrzywił się Najstarszy Bajarz i zaciągnął się bezwonną, zupełnie dla dzieci nieszkodliwą, fajką."

  • Ale kto wie, może ona lubiła Kunderę, bo Kundera lubił głębiej analizować kobiety :) normalka, kobiety lubią jak się o nich pisze z podziwem, z głębią itp.
    Marat, właściwie widzę tylko jedną wadę tego fragmentu dziennika - że jest on nieco powierzchowny, ale to takie moje wrażenie, którego natury ci raczej nie wyjaśnię, nie wiem, może pospiech, może to przeskakiwanie z tematu na temat jak... jak ze stacji na stację :)

  • W sumie najciekawsze rzeczy Kundery to eseje literackie, a szczegolnie te o naturze powiesci. W Panteonie pana Milana po kolei Cervantes, Dostojewski, Gombrowicz. Dawno, w 1992, moj znajomy czeski adwokat pracujacy w Paryzu zabral mnie do kreperii na Montparnasse gdzie podobno Kundera byl stalym bywalcem, ale tego wieczoru nie przyszedl. Nalesniki byly pyszne. Powiesci Kundery trzeba przeczytac, zdarzylo mi sie to, hurtem, w polowie lat osiemdziesiatych, by do nich juz nie wracac, tak samo jak do Hemingwaya, bo po co?

  • Kundera nie blaknie przy Karamazov wg mnie. Kundera jest zgorzkniało ironiczny. W Karamozov jest więcej czystej idei.

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 23:04:08

    "Ojciec kocha Joyce’a."

    piękny unik:) sympatyczny ten oszust czy megaloman? jakoś do tej pory tylko raz mnie wkurzył, jak wartościował alkohole, a przez co podkreślał swoją wyższość nad takim gościem, którego nie stać na drogi trunek. dalej jest inny...



  • Wezuwiusz: No i jego rozpływanie się nad Kubusiem Fatalistą :-) I uwagi o grafomanii dość ciekawe.

  • Ja wracam do "Księgi śmiechu" - a z "granicy dopuszczalnej powtarzalności" czynię jedną z tez w opracowaniu quasinaukowym o wiecznej miłości.

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 23:07:13

    no ale Marat - bozia i łono, nawet oczodołu, wydają się jakby dla siebie uszyci:) w tym tekście, powyżej, miejscami odczuwam fastrygę...

  • Absolutnie nie wartościował alkoholi. Szydził raczej z blue label (denaturat). Sam miesza tylko wiciokrzewem, nie dosypując jednak do drinków politury. Mówi się, że podrobić "Moskwa - Pietuszki" nie można i też nie chcę tego robić.

  • No i gdzies tak kolo 1989 jego udzial w bujnej na Zachodzie debacie czym i gdzie jest/byla Europa Srodkowa. Byl taki numer Granty temu poswiecony, z bardzo trzezwym glosem Milosza. Kubus fatalista to wielka ksiazka.

  • Dlaczego unik z tym Joyce'm?

  • Możliwe, jak byłem mały wyszywałem i haftowałem prostymi ściegami, nawet ornaty dla siebie (byłem kardynałem)

  • Wezuwiusz: a ze 2 lata temu - jak ponoć wyszło, że kablował - to jakby jego bohater w "Życie jest gdzie indziej". Ale ja nie lubię śledzić i oskarżać, więc nie pociągnę tego wątku.

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 23:11:43

    no i zamiata, zamiata, zamiata...koniec. (fajne zakończenie)

    dużo ciekawego w tym tekscie, chwilami nawet tak dużo, że trzeba do tekstu wrócić i jeszcze raz przemyśleć pewne fragmenty, na przykład ten o Katarach. ale to już w następnej sesji:) tymczasem dziękuję za ucztę i życzę nocy spokojnej lub szalonej - co komu potrzebne:) cześć:)

    • Emu Emo
    • 12 listopada 2010, 23:18:42

    Marat, jeszcze odpowiem na zapytanie o unik, otóż ja, czytelnik, w tym właśnie miejscu poczułam bratnią duszę, że nie jest ten antykwariusz żadnym jajogłowym popisującym się erudycją, że nie rozumie Joyce'a, a zwłaszcza ostatniego jego dzieła, tak jak i ja nie rozumiem, choć próbowałam wiele razy, i tyleż razy lądował pod biurkiem. nie znajduję tej świętości, jaką jajogłowi temu dziełu przypisali. więc kiedy on stwierdza, że ojciec kocha Joyce'a odbieram to jako woal, próbę uniknięcia ujawnienia swoich kategorycznych przekonań w tej kwestii. bo z wcześniejszych rozważań wynika, że głosi jakieś racje już zastane, jakieś wyuczone reguły powtarza, przetwarza, itd. itp. ale już znikam do następnego razu. pa

  • przeczytałem, uprzednio postanowiwszy, że nie będę komentował na bieżąco, po fragmencie i dobrze, że tak się stało.
    mnie początek odrzucał - czuję aluzje, podteksty, odwołania, nawiązania itp. itd. ale nie potrafię ich rozszyfrować, albo wydaje mi się, że są, gdzie ich nie ma, i jest mi przykro (obiecuję się dokształcać). to co rozpoznaję, a nawet to, że gdzieś tylko przeczuwam, że coś jest cytatem, i zabawy słowem mi odpowiadają. ale dopiero później, gdzieś od spotkania z Mykołką ("bilard" grochowiaka mi się przypomniał) robi się bardzo ciekawie, gdy Twoja błyskotliwość i wiedza ma twardy grunt w postaci opisu/anegdoty/wspomnienia, to i ja się w tym odnajduję i czuję bezpieczny (to dobrze, czy źle? nie wiem).
    tyle tak na świeżo, przeczytam co pisali inni i jeśli wpadnie mi coś jeszcze do głowy to napiszę.

  • czytając komentarze wróciłem do tekstu i nie wiem, dlaczego przy pierwszym czytania na spotkaniu z Mykołką miałem taki przeskok... teraz nie widzę znaczącej różnicy pomiędzy przed a po. może potrzebowałem takiego rozbiegu żeby wskoczyć.
    najbardziej ruszają mnie katarzy, stacje. bardzo piękny fragment. podróż przez te słowa i kolejne możliwości, na których można się zatrzymać. wybór etymologiczny odnośnie katarów, słyszę odbity echem w późniejszej decyzji: wieliczka. bardzo mi się to podoba.

  • Taka to już specyfika dziennika antykwariusza i to nieuczciwego. Cieszę się, że jednakowoż znalazłeś coś dla siebie :) Dobranoc

    • . .
    • 13 listopada 2010, 17:21:57

    "Zresztą, to, co nocą zmalało, rankiem logarytmicznie rośnie." - to tak specjalnie? Rośnięcie logarytmiczne należy do tych wolniejszych...

    • . .
    • 13 listopada 2010, 17:36:09

    "Izotop węgla C14" - to ma służyć do fałszowania wieku? Ciekawi mnie, jaką metodą?

    • . .
    • 13 listopada 2010, 17:52:18

    Bardzo somnambuliczny ten 9 września. Smakowite.

    • . .
    • 13 listopada 2010, 21:53:15

    14 września (I) - Świetne.

    • . .
    • 13 listopada 2010, 22:05:20

    14 września - przypomniały mi się te, no, kryształki (http://magda-galkowska.liternet.pl/tekst/krotka-historia-pazdziernik-nbsp-tloczymy-sie-na-niewielkiej-przestrzeni-studenci-z)

    • . .
    • 13 listopada 2010, 22:39:28

    Fragment września od początku do słów:

    "Ale czy ta droga na skróty doprowadzi mnie kiedykolwiek do tej upragnionej mety, na której nic się nie kończy, a właśnie wszystko zaczyna? Szatańska podróż od Malkuth do Keter zygzakiem żmii. Jak to się skończy? Jak to się zaczęło?"

    skojarzył mi się ze "Stalkerem" Tarkowskiego.

    • . .
    • 13 listopada 2010, 23:02:56

    "A Rozwadów – no cóż – stacja przeładunkowa? Rozładujesz" - to echo Rozwadowa w rozładowywaniu - poezja :-)

    • . .
    • 13 listopada 2010, 23:06:54

    Już ktoś zwracał na to uwagę: "Alojzy sprzedał właśnie wyjątkowo paskudną, plastikową Grupę Laokoona, ucharakteryzowaną na tegoroczne jury Konkursu Chopinowskiego. Argerich miała loki dorobione z przypalonej włóczki."

    Przesłodkie :-)

    • . .
    • 13 listopada 2010, 23:09:47

    Październik wymiata. ;-)

    • . .
    • 13 listopada 2010, 23:15:13

    Hm, da capo.

  • Lou, z tym Kunderą to było tak: "Boję się, że w tej sekundzie kiedy moje spojrzenie gaśnie, na twoje miejsce wślizgnie się wąż, szczur, inny mężczyzna. "

    Ja - szczur / jaszczur

  • A "ja to ja, ja to ja" - powtarzała i coraz bardziej nie widziała co to znaczy (po zabawia w poznawanie nieznajomych w "Autostopie"

  • Alx: chyba miało być proporcjonalnie po prostu. Nie pamiętam skąd się przypałętało log, posprawdzam w czeluściach

    • . .
    • 14 listopada 2010, 15:05:24

    Jakby było "wykładniczo", to by było bardzo szybko.

  • Chodziło o coś bardziej złożonego, muszę sobie przypomnieć..
    A to znasz: "wzrost logarytmiczny można podzielić na fazy a najważniejsza jest ponoć faza pierwsza." http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,176868
    :)

    • . .
    • 14 listopada 2010, 18:11:38

    Tego to by sam Boruta nie wymyślił.

  • Całość -niesamowita, wiedziałem Maracie.

  • Ale to nadal fragment Jarku, dzięki :)

  • Pomimo to, czekam na całość,będzie uczta...

  • Raczej muszę się zająć czymś innym :)

    • Szel _
    • 12 września 2015, 22:21:44



    Park piękny jak zwykle. Mykoła, jak zwykle, podpity
    Przeszłość jest zakapturzona, przyszłość nie podniosła jeszcze wzroku.

  • hmm - pokłociłaś się kiedyś (wyśmiała Twoją klątwę) Ukochaną. Ona była tu ostrym nickiem..2011 poczęło się i skończyło

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się