Z Monsieur Trojanowskim Marata na marach rozmowa o duszy

Autor: Marat Dakunin, Gatunek: Przekład, Dodano: 27 listopada 2010, 23:45:47, Tagi:  marek trojanowski marat ciemność poezja literatura rewolucja sprawiedliwość krytyka literacka poeci piekło

 

 

Ciągle się drapałem i drapałem. Nawet teraz, gdy moje oczy widzą światło po raz ostatni, światło, które tak ukochałem i chciałem zgłębić jego tajemnice, chciałbym się podrapać. Coś mnie uwiera, szczypie, pali. Czy to ten zabawny nożyk do papieru Charlotte? Nie, to niesprawiedliwość. Wszystko zaczęło się  i skończyło się niesprawiedliwością.

 

Ciągle się drapałem i drapałem. W górę drabiny, tak – to ja trząsłem Konwentem. Nie, nie drapałem się – ja. To brud niesprawiedliwości mnie drapał. Oni – mieli wszystko, dawno już nie będąc najlepsi – nie byli arystokracją ducha – byli, i są, wyniesionymi wieprzami, świerzbem ludu, łuszczycą państwa, moją chorobą.

 

Nie, nie drapałem się dla siebie. Drapałem się dla was wszystkich, drapałem się, by strącić niesprawiedliwość, by wyrównać szale. Tak, także dla ciebie nieszczęsna Charlotte. Gdybyż już nastał złoty wiek, nasz złoty wiek, nie byłoby potrzeby pisać o rewolucji. Pisałbym o sztuce, tej najlepszej i wiecznej, tej równej dla każdego, która pozwala nam, równym Bogom odrzucić każdego Boga. Pisałbym o sztuce, dla sztuki, dla ludzi, pisałbym o moim ukochanym świetle. Ślepnę.

 

Gazeta..jaka gazeta, mój ostatni niedokończony wiersz. Nawet go nie przeczytałas, Charlotte. To był mój liryk życia – o paradoksie – także dla ciebie, dla was wszystkich, dla ludzkości. Miałem plan. Zgłosiłem go zaraz na początku Konwentu. Wszystkie konkursy literackie..żadnego ustawiania, żadnych przywilejów urodzenia, ślepy traf i triumf prawdy..żadnych Żyrondystów.

 

Nieprzekupny jak Marat.

Wielki jak Marat.

Przyjaciel ludu – Marat.

Rewolucjonista – Marat.

Prorok wolności – Marat.

Najwyższy sędzia sprawiedliwości – Marat.

 

Śmierć.

- Do końca sobą.

 

To były ostatnie słowa lekarza i znawcy fizyki optycznej, cierpiącego na nieuleczalną chorobą skóry, zwaną w niektórych kręgach chorobliwym poczuciem sprawiedliwości, Jean Paula Marata. Zapadając w letarg, gasnącym wzrokiem dostrzegł jeszcze ostatniego świadka swej ostatniej kąpieli. Zasłona oddzielająca miejsce oblucji od jego gustownego gabinetu (tak, właśnie to, umierając pomyślał –jaki mam gustowny ten gabinecik) rozchyliła się.. – nie, to czyjś czarnawy, owłosiony ogon rozchylił ją jak  ręką – i zza zasłony wychynął Monsieur.

 

Sprechen Sie Deutsch? – zagadnął przybyły.

 

Gasnącemu ojcu rewolucji było wszystko jedno, zaproponował jednak gościowi telepatycznie (nie mógł już mówić) rozmowę po..polsku (dlaczego po polsku? Ano powiadają, że umierającemu przewija się w ostatnich chwilach przed oczyma duszy całe życie. W chwili przybycia jegomościa Marat myśleć musiał intensywnie o niedawnej lekturze "Uwag o rządzie polskim" koleżki Rousseau. Zaiste niezbadane są ostatnie miotnięcia się przypadku na tym tu padole). Telepatyczność przekazu i język polski miały jeszcze jeden walor, którym trudno pogardzić w rozmowie z nieznajomym. Otóż, jak wiadomo, język polski, jest jedynym językiem, w którym tak  szczególnego rodzaju gość nie może kłamać (sekret ten poznał trochę wcześniej imć Twardowski oraz pewien pewien biskup, który obdarowywał kleryków majtkami z napisem „Roma”, wyhaftowanym z tyłu, i od tyłu).

 

Istny Niemiec, sztuczka kusa, zanotował gasnącą świadomością Marat, któremu pierwsze myśli w języku słowiańskiego narodu wybranego, pozwoliły wczuć się już w lepszą część jego spuścizny literackiej.

 

Monsieur zezując na pływający w wannie poemat, z którego smutnie spływały kolejne litery wycedził:

 

- Nie można się tłumaczyć z wierszy.

 

Ale o co mu chodzi, pomyślał i co pomyślał, od razu przekazał telepatycznie Marat. Przecież nie tłumaczyłem się Charlotte, nie zdążyłem, ani nie była tym zainteresowana. Eh, ta Żyronda. I te jej słowa, wycedzone z nienawiścią: „I ty, zdrajco rewolucji, układasz wiersze jeden pod drugim? Ty, który mówisz o równości? Słowa są słowami ludu, lud staje obok siebie, ramię w ramię, nie ma pod i nad. Nikt nie położy już okutego buta na głowie chłopa, żaden wers nie wesprze się na drugim. Wiersze, tak, także wiersze, wszystko, będzie się pisać w jednej  l i n i j c e" – wycedziwszy to z impetem wbiła mi ten nieszczęsny nóż do papieru. Zwyciężyli, ale nie do końca. Niespełna trzy miesiące po mojej śmierci wprowadzą nowy kalendarz, nazwą od nowa miesiące, zaczną liczyć czas od początku..

 

Monsieur nie zraził się.

 

- One się podobają lub nie. I tyle. Tu nie ma nic do dodania. Poeta co najwyżej może bić w mordę, jeżeli odbiorca jego wierszy okaże się zbyt mało uduchowioną i wrażliwą na piękno istotą.

 

Marat, któremu umieranie dodało sił mentalnych, opanował już nowy dla siebie język do perfekcji. Charlotte. Nie zdążyłem jej tego powiedzieć, wiesz o tym. Jeśli dokonuje się formalnej analizy tekstu to jak najbardziej można później wchodzić w spór na temat tej analizy i „Nie można się tłumaczyć z wierszy. One się podobają lub nie” nie ma nic do rzeczy.

 

Monsieur przysiadł na zimnym kamieniu wanny. Lekko falujący ogonek wydawał się jednak zdradzać rosnące poirytowanie.

 

- Teraz – jestem stary i zmęczony. Zmęczony czytaniem tysięcy wierszy, obciążony bagażem doświadczeń estetycznych zwyczajnie jestem zmęczony. męczy mnie też moje życie, zwykłe życie w szczególności te stosy drewna, które łupie i tnę, tnę i łupię.

 

Więc tak wygląda Inferno, Hades, Gehenna, pomyślał ze zgrozą Marat. Oprócz wyrobniczej, niewolniczej pracy przy podtrzymywaniu ognia sfora diabłów i diabląt skazana jest na czytanie ziemskich tekstów poetyckich? I to – tak, był o tym przekonany – tekstów uprzywilejowanych, tekstów arystokracji, tekstów tych spasionych świń. Bo, no powiedźcie sami, czy wieśniak spod Marsylii miał na tym gównianym świecie szansę wydać choć małą, maluteńką, fraszkę, choć okruszek dytrambu? Pod Maratem zawrzałaby woda, gdyby nie to, że i on i ona była już zupełnie zimna, a gość jakby nawet lodowaty.

Monsieur nie słuchał, wieśniak, który nie mógł ujawnić swego talentu nie miał dla niego żadnego znaczenia. Zmarkotniał. Westchnął.

 

- Chciałbym kiedyś porozmawiać z poetami po ludzku..


Marat rozumiał tę nostalgię. Zbyt mocno jednak ugodziła go przed chwilą w serce ostra krytyka Charlotte.


Na krytyku ciąży o wiele większa odpowiedzialność – wypalił. Nie może wymachiwać nożem do cięcia papieru. Dlaczego?
a) bo krytyk nie tylko czyta dla siebie ale i poleca albo nie innym (co nie jest sinekwanon czytelnika)
b) bo krytyk pozuje na znawcę który ma wytyczać gusty (a nie?)
c) bo krytyk ma pewne DUCHOWE obowiązki – trochę jednak „polubić” każdą próbę twórczą – stać się pisarza nadświadomością (próbować) – przejść z nim proces twórczy (próbować), choć czasem oczywiście to bolesne..
d) bo pewne formy krytyki pozują na kategoryczność ocen (tu miał na myśli jak najbardziej swój przypadek) – co przeczy tezie o zupełnej dowolności subiektywnej krytyka.

 

Monsieur spojrzał na ziemskiego rewolucjonistę okiem rewolucjonisty piekielnego.

 

- Uważa się, że mówienie sobie „dzień dobry”, umiejętnośc posługiwania się nożem, widelcem, nie siorbanie przy stole itp. oraz doskonalenie się w czystotechnicznych zasadach współżycia społecznego to poetycka arete. Poeta jest w tym kontekście doskonałym uczestnikiem życia społecznego i nic więcej.


Marat spojrzał na diabła z pewną dozą aprobaty. Tak, nienawidził pustych form, tych pudrowanych grzeczności, tego salonowego zakłamania, zgilotynowałby nawet pachnące perfumami bileciki wizytowe. Taką miał ambicję. A jeśli budować, to ruiny - na napełnienie ich treścią przyjdzie czas. A jeśli nie przyjdzie - tym gorzej dla treści - ona zawsze się degeneruje.

 

Monsieur wypalił:

 

- Nie mam żadnych ambicji okołoliterackich. i byłoby dobrze, gdyby poeci, literaci i krytycy także byli pozbawieni ambicji. nie ma nic gorszego jak ambitny poeta, krytyk czy literat.

 

Z powodu wzmiankowanej już właściwości języka polskiego, Marat wiedział, co naprawdę powiedział jego gość. Uśmiechnął się ironicznie. Wiedział, że obnoszony brak ambicji kryje ambicje największe, jak zastrachanego, uciekającego od życia nerwicowca w chorobę wpędza jego własne poczucie wyższości, wyrastające ponad wszystko, i właśnie tym wszystkim – jednocześnie się lękając i z ustawionego w ciemnym zakamarku piedestału nim gardząc  - chce zawładnąć. Świat jest za mały dla takiego pana.

Monsieur uśmiechnął się złowieszczo, czytając prawdziwe odczytanie myśli - język polski w swej właściwości działa bowiem niestety dwustronnie.

 

- lubię pisać o tym, co jest złe gdyż zło w swej istocie jest bardziej złożone niż dobro.
- piszę o ksiazkach złych, bo gdybym miał pisac o dobrych, to nie miałbym o czym pisać.
- piszę o tym, co jest złe gdyż uważam się za rycerza w lśniącej zbroi, za człowieka ubranego na biało stojącego samotnie wśród czerni.
- piszę o złych książkach, bo nikt o złych książkach nie chce pisać (poważnie, kiedyś napisałem negatywną recenzję z ksiązki filozoficznej i wysłałem do wydawnictwa, które odpisało: „negatywnych recenzji nie publikujemy, gdyż złe ksiazki nie są warte omówień. prosimy napisać pozytywną recenzję”

ty piszesz mi o mechanizmach obronnych, o przekorze, o solidarności wśród skrzywdzonych, a ja ci odpowiem – że te machanizmy, o których piszesz dotyczą ludzi, owszem ale nie poetów. i teraz ja powiem coś fajnego:

każdy poeta jest człowiekiem
nie każdy kto jest człowiekiem jest poetą.

 

Wielu jest powołanych, niewielu wybranych, oryginalny bon mot, wybrzmiał w maratowskim uchu, zawadził nawet o kowadełko ego. Kto jest tym wybranym? Na pewno ktoś jest wybrany, żeby wskazywać wybranych.

Światło, moje ukochana fala, ni to korpuskuła. Marat nie byłby zadowolony gdyby znał złowieszczą nowinę Einsteina, nienawidził bowiem wszystkiego, co ograniczone. Jego poczucie sprawiedliwości było nieograniczone i, jak się zdało, jego gościa także. Nadszedł czas na spowiedź. Na wschodzie mają zaś przysłowie, że kiedy diabeł się spowiada..

 

- Marat, ale ja się przyznaję: ja piszę fatalnie, niemerytoryczne, brzydkie teksty, koślawe, w których wykrzywiam stany faktyczne w sposób karygodny. to wszystko wiem. Mam świadomość istnienia „bardziej słusznej krytyki” ale – inaczej niż ty – nie uważam, żeby moje niemerytoryczne teksty mogły zaszkodzić Merytorycznej i Słusznej Krytyce. Rozumiesz, to tak jak z diabłem – diabeł jest zły ale oprócz tego, że jest zły jest dowodem na istnienie boga oraz gwarantem istnienia doskonałości. Ludzie czytając moje paskudztwa a następnie sięgając np. po teksty m.in. Jakuba Winiarskiego przekonują się jaki mądry Jakub Winiarski i jak piękne oraz merytoryczne teksty on pisze.

- Alx (Marat, gdyby mógł, obejrzałby się aby zobaczyć do kogo skierował swe słowa Monsieur, ale nie mógł tego uczynić, leżąc bezwładnie, a przed oczyma coraz bardziej mu ciemniało) czy jesteś sobie w stanie wyobrazić, że mi nie chodzi o nic? że nie działam intencjonalnie? że moje pisanie nie ma żadnego celu? mi nie chodzi ani o promocje ani o niszczenie ksiązek. nie zalezy mi ani na czytelnikach (jak zauwazyłeś, strona jest skonstruowana antycztelniczo – z premedytacja wybrałem szarą czcionkę na czarnym tle), ani na przychylności wydawnictw, ani na czymkolwiek, co związane jest z zyciem literackim. Jeżeli zadzwoni do mnie Grażyna Torbicka i zapyta: „Panie Marku, czy zgdzi sie pan udzielić mi wywiadu?”, to poproszę ją, żeby mi opisała jaką bieliznę zakłada na swoją seksi dupcię, którą mogłem podziwiać dzięki redaktorm serwisu plotek.p ale na wywiad się nie zgodzę. A jeżeli mimo wszystko przebrnie przez wszystkie moje głupie pytania i ostatecznie sama zapyta: „a dlaczego nie?”, to odpowiem: „bo nie”.

innymi słowy Alx, ja piszę zupełnie bez powodu i po nic. moje teksty powinny być traktowane jako moje teksty – tylko i wyłącznie a nie jako teksty krytycznoliterackie, poetyckie itp. Dla mnie jedyną zasadą i celem działania jestem ja sam.

 

Casus mixtus! Brak ambicji literackich i najczystsza ich deklaracja. Coincidentia oppositiorum. Święta jedność przeciwieństw, regulowana tajemniczą enantiodromią. Impuls stworzenia, przecząca wola Schellinga, arkana Zaprzeczenia, przenikanie Sefir Srogości i Miłosierdzia, palec Boży, Jin i Yang, fuzzy logic. To wszystko mogłoby teraz przemknąć przez głowę Marata, gdyby było on XX - wiecznym postmodernistą z zacięciem religioznawczym, ale takowym nie był.

 

Mrok. O ile umierający Marat, któremu powinno być wszystko jedno, ale nie było wszystko jedno, do końca bowiem pozostał sobą, nie był jeszcze do końca pewien tożsamości swego rozmówcy, teraz okrutna prawda dotarła do niego w całym blasku, świetle, a właściwie śmietle, strasznym i upiornym ciemnym świetle.

 

Tak, nie może być wątpliwości.

NIC – Nihil, - zasada zaprzeczenia, Nicość – sprzeciwiająca się Bytowi – Stworzeniu. Ciemność. Zaprzeczenie. Odwrócona drabina..Ten symbol natchnął Marata największą grozą. Odwrócona drabina to przecież chaos, odwrócona drabina nie ma sensu, przeczy istocie, odwrócona drabina..

Tak, chwileczkę, a może..czyżby..a jednak? Przecież odwrócona drabina jest tą samą, nieodwróconą, prawidłowo ustawioną drabiną.

 

Czy to możliwe? Marat bał się jeszcze o tym pomyśleć, lecz w głowie zaszumiało mu: - Czyżby i on? Nawet on? Połykający – „jedyną zasadą i celem działania jestem ja sam” – własny ogon Uroborus, światło skierowane do środka i ginące w ciemności, zapętlona kiełbaska, butelka Kleina z podłym wermutem, kloaka wypróżniająca się do swego wnętrza, język zjadający język, słowo wypowiadające słowo, ręka myjąca rękę (lecz proklamująca jednocześnie gest Piłata), WYBIERAJĄCY WYBRANYM, SAMYM SWYM WYBOREM WYBRANY, SAMĄ ŚWIADOMOŚCIĄ TEGO ŻE JEST BYŁ WYBRAŁ BYĆ WYBRAŃCEM.

 

Czyżby i on, i on, był POETĄ?

 

„każdy poeta jest człowiekiem
nie każdy kto jest człowiekiem jest poetą”

 

Marat, gdyby mógł mówić, zaniemówiłby. Oczywiste w swej logice zdanie nabrało znaczenia a szatańska logika kazała zasłuchać się w brzmienie ostatniego zdania pozbawione zanieczyszczenia diabelskiego zaprzeczenia:  „każdy kto jest człowiekiem jest poetą".

 

Diabeł spoglądał na niego spokojnie.

 

- Tak, byłem kiedyś człowiekiem. (…) wiesz kiedy straciłem duszę? otóż pewnego wieczoru, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem który lubił rzucać palicą w dojrzałe kasztany, po to by je zebrać i użyć jako amunicję dla własnoręcznie wykonanej procy, przyszedł do mnie pewien pan. pojawił się niespodziewanie, wyskoczył spod łóżka. w zasadzie to od dawna wiedziałem, że on zawsze siedzi pod moim łóżkiem i że tylko czai się by mnie złapać za gołą nogę, kiedy będę się kładł spać, ale nie miałem pojęcia jak wygląda, bo bałem się wieczorem zajrzeć pod spanie. Ale do rzeczy: otóż wyskakuje on, ubrany rzecz jasna na czarno, oczy mu skrzą, ząb błyska i kładąc palec na ustach mówi:

- psssyt! nie krzycz, mam dla ciebie pewną propozycję.

próbuję krzyczeć, ale nie mogę, nie mogę, bo czuję jakby coś mnie dławiło. czułem jakiś niewyobrażalny ciężar w płucach i w całej klatce piersiowej. doświadczyłem uczucia, którego ani wcześniej ani nigdy póżniej nie zaznałem. Stałem jak skamieniały. W tym czasie, dziwna postać nie przestając się usmiechać przysunęła sobie krzesła i rozsiadła się w nim wygodnie na przeciwko mnie. co więcej, ku mojemu przerażeniu zaczęła się bawić ogonem. nie wiem, kiedy uświadomiłem sobie powagę sytuacji? czy było to wówczas kiedy zobaczyłem włochaty, czarny ogon czy wtedy, gdy do moich nozdrzy dotarł piekący i kwaśny odór palonej siarki.
Po chwili milczenia postać – w zasadzie to mogę już teraz zdradzić, że ów jegomość był samym królem piekieł – podeszła do mnie i złożyła mi propozycję, wprost do ucha:

- W zamian za twoją duszę, obiecuję ci że przez całe swoje życie będziesz sobą. Zgadzasz się?

Nie wiem co było dalej. nie potrafię sobie przypomnieć, mam w umyśle wielką czarną plamę, która pozostała jako wspomnienie po tym wieczorze. W każdym razie, kiedy się nazajutrz obudziłem mój pokój wyglądał normalnie, wszystko było takie jak zwykle. nie było czuć zapachu siarki, krzesło stało tam gdzie zawsze itp. Tylko jedna rzecz mnie niepokoiła – ukłucie na wskazującym palcu oraz plamka krwi na kołdrze.

 

Sceptyczna natura rewolucjonisty i antyklerykała kazała po tej historii zwątpić Maratowi na chwilę w prawdziwość swej śmiertelnej wizji. W rzeczy samej – pomyślał, że Monsieur cierpiał w dzieciństwie na zwidy, sam takie miewał – a w chwili obecnej, co zrozumiałe, podobna wizja byłaby całkiem na miejscu.
Z drugiej strony wzdrygnął się na myśl o tak łatwej rezygnacji ze swej duszy – w dzieciństwie, wiadomo, o wypełnieniu piekielnego kontraktu się nie myśli, ale inaczej rzecz się przedstawia gdy trwoga lub choroba. A Marat był obecnie, jeszcze przez chwilę, w takiej właśnie sytuacji.

 

Poza raz przedostatni zagadnął gościa (nawiasem mówiąc zawsze warto być przedostatnim czy śmiać się przedostatni. Dlaczego? Bo ostatni się śmieje samotnie).

 

Telepatia (bliska krewna patologii i o wiele dalsza empatii) przekazała następujące słowa gasnącego ojca rewolucji: Co masz na myśli używając wyświechtanego zwrotu „będąc sobą”. Czy chodzi o ja zwierzęco – popędowe? A może o ja intelektualno egoistyczne? A może już o ja po indywiduacji? A może wyższe ja, reintegrowane. A może o ja „oświeconego”? itd. itp.

 

Monsieur poderwał się. Zakręcił kitką. Chyba zbierał się już do wyjścia. A więc zostało niewiele czasu.

 

-  ogłaszam, że odwołuję wszystko to, co napisałem. informuję, że wszystko co napisałem, to kłamstwo, drwina, kpina, rodzaj szyderstwa. To jest moje oficjalne stanowisko.

 

W uszach Marata dźwięczało jednak niezmazywalne wyznanie, pieczęć cyrografu:

 

„W zamian za twoją duszę, obiecuję ci że przez całe swoje życie będziesz sobą.”

 

Oddajesz duszę i pozostajesz sobą..do końca swych dni.

 

Czego chciałem?

Opuściłem mą wioskę.

Byłem lekarzem.

I byłem zabójcą.

Częścią tej siły, co pragnie dobra i czyni zło.

Czy odnajdę teraz drugą połowę siebie, co czyni dobro? I jak?

Czego naprawdę pragnąłem?

 

Zapadłem w całkowitą ciemność, zniknął pokój i Monsieur – tak nagle, jak się pojawił. Zacząłem spadać w czarną i lodowatą studnię. Po chwili nie czułem już chłodu, bólu pod sercem ani żadnego innego cielesnego wrażenia.

 

Po raz pierwszy, od dzieciństwa, ciało przestało mnie drapać.

Zapomniałem o sprawiedliwości, którą nosiłem w sercu, od kiedy pamiętam, o równości, o innych wielkich ideach, które były mi tak bliskie, które wykrzykiwałem na zgromadzeniu i które wcielałem w czyn.

 

Z samego dna piekła, na które stopniowo opadałem, dochodził mnie niczym trzaskający wesoło ogień i melodyjne skwierczenie na patelni, dźwięk drapiących się nieustannie, skrobiących i iskających wzajemnie diabłów. Milczące sylwetki ludzi przechadzały się ze spuszczonymi głowami  lub leżały w całkowitej sedacji na nagiej, spalonej ziemi. Nikt nawet się nie połechtał.

 

Zanim zamknęło się za mną wieko gehenny, Boży stróż zewnętrznych odrzwi piekła szeptał każdemu, kto za chwilę utracić miał wszelką nadzieję - Bożą Prawdę:

- „Wszystko było w tobie”.

 

Prawda ta będzie moją największą torturą.

 

 


 

 

Źródła ziemskie:

 

http://www.historiamoichniedoli.pl/?p=1929

 

Przekład z ciemnego języka.

Komentarze (17)

    • Szel _
    • 28 listopada 2010, 04:41:57

    wygadalesd sie juz Mrat?

    • . .
    • 28 listopada 2010, 06:40:33

    Ta metafora z drabiną... ona jest taka trochę ułomna. Mnie by bardziej odpowiadała metafora ze schodami. Schody są przyklejone do takiej ramy kiepskim klejem i konstrukcja jest stabilna dzięki sile grawitacji. Gdy odwrócimy schody ramą do góry, grawitacja już nie pomaga. I wtedy stopnie pod ciężarem wchodzącego odpadają - oczywiście nie każdy i nie za każdym wejściem. Gdy zaczynamy już wierzyć, że jest OK, wtedy nagle stopień, na który liczymy, odpada.

    • . .
    • 28 listopada 2010, 06:41:18

    Takie właśnie są te szatańskie schody do nieba.

  • Przebrnąłem:) Co na to pan doktor Marek?Czekam na ripostę w niedolach :):)

  • Przecież tu nie ma co ripostować. To tekst sam w sobie, którego zasadą jest on sam, zatem marat i tylko marat, a zwidy..

  • Alx: Miałem do czynienia zawsze ze stabilnymi, kamiennymi schodami (także w kamienicach i w domu) więc nie kojarzyłem..Ale drabina była metaforą automatyczną :-)

    • . .
    • 28 listopada 2010, 19:43:36

    Ech, ja miałem w domu drewniane, ale może nie o to chodzi. Rola Zaprzeczacza, to nie jest rola Eubulidesowego kłamcy. Zaprzeczacz nie mówi zawsze fałszywych zdań, on mówi raz prawdę, a raz kłamstwo, aby zmanipulować. Da liegt der Hund begraben. Stąd wydaje mi się ta metafora z drabiną nie całkiem w punkt.

    Natomiast cały tekst wskazuje na to, że Marat był przez całe życie sobą - dlatego też na koniec trafia do piekła - to wydaje mi się dosyć zabawną konkluzją.

  • Alx, szczególnie tego tekstu nie chcę wyjaśniać, ale tam chodzi o kilka dziwnych metafor, nie na tej płaszczyźnie..). Bycie sobą też nie wprost intuicyjnie czytane. Może zakręciłem to za bardzo, taki wieczór był

    • . .
    • 28 listopada 2010, 19:53:31

    Eeem, może nie tak bardzo zależy mi na rozbieraniu konkretnych metafor. Chciałem tak zagaić, żebyśmy sobie może o prawdzie pogadali, skoro już pod panem Markiem (gödlowym) dyskusja nam umarła ze starości.

  • Można, wyjść od tego, że sobą się stajemy a nie jesteśmy, poprzez szlifowanie cech i osobowości (także np via Elzenberg np. http://maratdakunin.salon24.pl/118836,nie-diabel-tylko-swinia), poprzez figurę szukania poza sobą (drapiące się diabły też szukają poza sobą) - nikt kto szuka poza sobą nie jest sobą - w tym sensie tekst jest przewrotny w jeszcze inny sposób i wchodzi w specyficzną ezoterykę/gnozę (pamiętaj też o odwróconym określeniu diabła z Fausta oraz o zasadzie kompletności i tła (na ciemnym niebie jasny jest..). Musze się oddalić i to może trwać kilka dni, sprawy wagi państwowej

  • Szkoda, że tam autor się nie chciał włączyć, szkoda. A co do prawdy - tutaj prawda nie jest tak istotna, co raczej - gdzie szukamy zła i dlaczego szukanie go poza sobą jest niebezpieczne

  • Chodzi o to, że to miał być wielowymiary tekst, tak naprawdę to co tam jest jako pokłosie jakiejś wymiany kilku zdań na ciemnej stronie jest tak naprawdę najmniej istotne..Może nie wyszło, nie wiem, wczoraj miałem dziwny dzień, dziś jestem sformalizowany w zupełnie przeciwnym kierunku, kwestia nastroju

  • Pożyczone od linka a z portalu-pisarskiego słowa T. Eliota

    "Otóż, do pewnego stopnia, poświęcenie niektórych możliwości w celu realizacji innych jest warunkiem artystycznej twórczości, podobnie jak jest warunkiem życia w ogóle. W praktyce życiowej człowiek, który niczego nie poświęci dla osiągnięcia pewnych celów, kończy miernością lub fiaskiem; aczkolwiek z drugiej strony istnieją specjaliści, którzy poświęcają za wiele dla zbyt małych spraw, albo tacy, którzy tak już są ograniczeni z natury, że nie mają nic do poświęcenia. "

  • I teraz można rozważyć pewną opcję:
    Czy można poświęcić duszę by być sobą,
    Czy można poświęcić siebie dla duszy
    I co poświęcamy żeby być bardziej sobą, co tracimy
    I jeśli tracimy duszę co nam zostaje do poświęcenia
    A także jaki jest stosunek siebie do siebie - można poświęcić się w imię siebie i zniknąć (ociosać się aż do punktu zero ego) ale o wiele częściej jak się zdaje w imię siebie - chcąc być sobą - wszędzie - rozciągamy siebie na świat i innych, co oczywiście nie może się udać w sensie absolutnym
    Można też postępować jak Damastes z przydomkiem Prokrustes

    Ale to jeszcze inne, trochę bliskie, ale trochę dalsze nawiązanie

    Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi (Zbigniew Herbert)

    Moje ruchome imperium między Atenami i Megarą
    Władałem puszczą wąwozem przepaścią sam
    Bez rady starców głupich insygniów z prostą maczugą w dłoni
    Odziany tylko w cień wilka i grozę budzący dźwięk słowa Damastes

    Brak mi było poddanych to znaczy miałem ich na krótko
    Nie dożywali świtu jest jednak oszczerstwem nazwanie mnie zabójcą
    Jak głoszą fałszerze historii

    W istocie byłem uczonym reformatorem społecznym
    Moją prawdziwą pasją była antropometria

    Wymyśliłem łoże na miarę doskonałego człowieka
    Przyrównywałem złapanych podróżnych do owego łoża
    Trudno było uniknąć - przyznaję - rozciągania członków obcinania kończyn

    Pacjenci umierali ale im więcej ginęło
    Tym bardziej byłem pewny że badania moje są słuszne
    Cel był wzniosły postęp wymaga ofiar

    Pragnąłem znieść różnicę między tym co wysokie a niskie
    Ludzkości obrzydliwie różnorodnej pragnąłem dać jeden kształt
    Nie ustawałem w wysiłkach aby zrównać ludzi

    Pozbawił mnie życia Tezeusz morderca niewinnego Minotaura
    Ten który zgłębiał labirynt z babskim kłębkiem włóczki
    Pełen forteli oszust bez zasad i wizji przyszłości

    Mam niepłonną nadzieję że inni podejmą mój trud
    I dzieło tak szczytnie zaczęte doprowadzą do końca

    • . .
    • 29 listopada 2010, 18:28:04

    Ja to tak pojmuję, że dusza to nie jest byt zatrzymany, a pewna kompozycja, która jest budowana w trakcie życia. Jednym z ważniejszych elementów tej kompozycji jest stosunek do świata zewnętrznego. Chcąc, nie chcąc ten świat zewnętrzny wywiera na nas wpływ i to tak wielki, że nie jesteśmy w stanie się przed tym wpływem ochronić. Zatem bycie sobą to taki sposób definiowania swojego stosunku do świata. Ale na czym on miałby polegać? - nie wiem. Może na tym, że zawsze mamy takie poczucie braku rozterki przy podjęciu decyzji. Ja jednak im dłużej żyję, tym mam wrażenie, że brak rozterek jest błędem. Trzeba mieć rozterki. Jedyne, o co trzeba dbać, to tylko żeby one nie paraliżowały działania.

  • Trochę to przesuwa całość w stronę absolutu, ale tutaj np. znowu (już chyba 2 czy 3 raz cytuję Małgo odnośnie relacji Bóg - człowiek jako wzajemnej interpretacji
    http://portal-pisarski.pl/forum/viewthread.php?rowstart=60&forum_id=30&thread_id=1534#post_122602

    A tak w ogóle muszę pomyśleć coś więcej nt tej odwróconej historii Hioba (człowiek próbuje Boga..)

  • To wyżej to zjedź na sam dół na ostatni dłuższy wpis..A tak w ogóle to świetna dyskutantka Link a :-

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się